wtorek, 24 sierpnia 2010

Wakacje cz.2

No to dotarliśmy do Lizbony :D Na dzień dobry dostaliśmy kolacyjkę złożoną z przepysznych krewetek... mniam...
A następnego dnia... zwiedzanie!!! Od razu powiem, że tygodniowy pobyt to zdecydowanie za mało... Dwa tygodnie też pewnie by nie wystarczyły, bo Lizbona i okolice to cudowne miejsce... Dobrze mieć siostrę obieżyświata :D
Pierwszego dnia udaliśmy się na plażę. Długo nie wytrzymaliśmy - bo też żadni z nas plażowicze - i udaliśmy się na Cabo da Roca - najdalej na zachód wysunięty skrawek Europy. A wieczorem siostra i szwagier zabrali nas na wieczorny spacerek po Lizbonie...

W środę rano znowu na plażę - ale tym razem nie Carcavelos, tylko znacznie dalej, aż za Cascais - na wielką, cudną plażę, gdzie zdecydowanie mniej ludzi... i piękne fale :D Potem znowu trochę zwiedzania, a wieczorem... kolacja w małej knajpce. A na kolację... ha... ha... na początek małże, potem przynieśli nam deseczki i młoteczki... a zaraz potem... kraba :D Szczerze mówiąc nie przyszło mi do głowy, że kiedyś będę miała okazję jeść kraba - dzięki siostra :D

W czwartek rano ... plaża :D Smarowaliśmy się kremem 60, a i tak moja twarz wyglądała dość indiańsko :D Tego dnia wygonił nas z plaży duży wiatr i sypiący ze wszystkich stron piach, udaliśmy się więc przez most Ponte 25 de Abril na drugą stronę Tagu, do Almady, gdzie stoi wielki monument Christo Rei stworzony na podobieństwo tego z Rio de Janeiro. Wjechaliśmy na górę, skąd rozciąga się piękny widok na Lizbonę...
Przed odebraniem mojej siostry z pracy mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby połazić po uliczkach Belem, a potem czekała nas wizyta w oceanarium. Największe wrażenie zrobiła na nas - i nie tylko na nas - ryba kamień (która tak naprawdę nie wiem, jak się nazywa), rekiny i pozujące do zdjęć płaszczki :D

W piątek rano... dla odmiany plaża :D Naprawdę mieliśmy ochotę poplażować. Trochę wiało... co nas wcale nie zniechęciło... Wypożyczyliśmy stanowisko z leżakami i daszkiem, rozebraliśmy się i ... dopiero wtedy zaczęło naprawdę wiać. Po następnych 20 minutach na plaży zostaliśmy my... i kitesurferzy... ha... ha... ha...
Pojechaliśmy więc na plaże skalistą i kamienistą - czyli z dala od smagającego piachu (chociaż szczerze mówiąc miało to pewnie działanie "zdrowotne") :D Spędziliśmy na niej kilka godzin obserwując przypływ, po czym stwierdziliśmy, że opaliliśmy się znacznie bardziej, niż mieliśmy zamiar :D

A w sobotę ... nie, nie plaża :D W sobotę pojechaliśmy do Obidos - małej, malowniczej miejscowości na pólnoc od Lizbony, skąd pochodzi moja ulubiona wiśnióweczka. Potem zajechaliśmy na krótki spacer na plażę i zjedliśmy przepyszny rybny kociołek w knajpce w Peniche (ryby z kociołka nie do końca są mi znane, nie wiem, czy chciałabym wiedzieć, jak wyglądają. A nie, jedną znałam... chociaż płaszczka to chyba nie ryba :D Kałamarnica też jest smaczna :D).

No i niedziela - ostatni dzień. Mieliśmy go spędzić w domu, ale moja kochana siostra i jej mąż zrobili mi przyjemność znając moje wariackie upodobanie do maszyn latających i zawieźli nas (powinnam chyba napisać mnie) jak najbliżej lizbońskiego lotniska, co by wariatka sobie mogła popatrzeć, jak lądują nad autostradą samoloty... no ja wiem, nie musicie nic mówić...
Potem króciutki spacer w Belem, obowiązkowo po słynne i jedyne na całym świecie Pasteis de Belem (czyli najsmaczniejsze babeczki jakie jadłam), które mieliśmy zabrać ze sobą... ale zjedliśmy na deser po kolacji :D i... w poniedziałek w drogę powrotną... ale o tym w następnym, ostatnim już wakacyjnym poście :D

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Wakacje cz.1

Powróciłam :D Z jednej strony się cieszę, bo zawsze to nie ma jak w domu, ale z drugiej strony... kiedy mi się trafią znowu takie wakacje? No i ten powrót do rzeczywistości... A przede mną góra pracy...
No ale za to mogę sobie powspominać :) Od razu uprzedzam, że post będzie ciut przydługi... no bo jak tu streścić trzy tygodnie ... Nie wspomnę o zdjęciach - też będzie ich mnóstwo, ale przy najszczerszych chęciach nie udało mi się już bardziej okroić (zrobiłam ponad 800 fotek :))

Wyjechaliśmy naładowani energią i pchani emocjami - jak to przed wyjazdem. Plan był taki, że po ok. 6 godzinach znajdziemy się u Joli-Alojka i będzie cudownie... Tymczasem pogoda okazała się okropna, po drodze trafiliśmy na wypadek, zmarnowaliśmy w korku 2 godziny i następną w kolejnym korku (bo przecież budują autostradę do granicy :D). Machnęliśmy ręką, bo w końcu w Niemczech nadrobimy stracony czas na autostradach... a figa ... u nich też remontują ... połowę drogi jechaliśmy z prędkością 80km/h, a jak już nam się znudziło i docisnęliśmy trochę pedał gazu, to za odwagę otrzymaliśmy z pewnością prześliczną fotkę, która jeszcze do nas nie dotarła...
Do Joli dojechaliśmy o pólnocy... I wiecie co? Jola czekała na nas z cieplutkim obiadem (Joluś, dziękujemy jeszcze raz).

Pobyt u Joli był oczywiście za krótki, nie mogłyśmy sobie spokojnie pogadać, nacieszyć się... Trudno, odrobimy następnym razem.



Następnego dnia ruszyliśmy dalej - do Szwajcarii - hmm... dlaczego nie ma zdjęć z Szwajcarii... ano dlatego, że przez całą Szwajcarię lało... ble... Doświadczenie ze Szwajcarii - chyba najbardziej oradarowany kraj w Europie...
Przejaśniać zaczęło się we Francji. Widoki cudowne, krajobraz się zmienia co kilkadziesiąt kilometrów... Dotarliśmy nad Morze Śródziemne, do Marsylii i oczywiście utknęliśmy w korku... w samym centrum :D Bo Marsylię też remontują :D





Z Marsylii podążyliśmy na zachód, w stronę granicy z Hiszpanią... Nie, nie autostradami, z autostrady nic nie widać, a my chcieliśmy się naoglądać... Ale ponieważ nie jechaliśmy autostradami, poczyniliśmy kolejne obserwacje samochodowe - w żadnym innym kraju nie przejechałam tylu rond, co we Francji, co by nie mówić o naszych drogach - u nas nie jest wcale tak źle :D

Zaskoczyła mnie za to Hiszpania... Po przejechaniu granicy znaleźliśmy się w cudownym miejscu, w przepięknym górskim krajobrazie, z malowniczymi miejscowościami, z niesamowitą ilością tuneli, z pięknymi górskimi jeziorami z niesamowitym kolorem wody... bajka :D Trochę kilometrów przez to przybyło... nadprogramowych oczywiście :)








Im dalej na południe Hiszpanii, tym bardziej było łyso i pusto, jeśli chodzi o krajobraz. Fajna sprawa w Hiszpanii to to, że oprócz płatnych autostrad mają tzw. autovia - czyli autostrady niepłatne (jak dla mnie niczym się od tych płatnych nie różniły - może tylko tym, że na stację benzynową trzeba było zjechać kawałek z drogi)




Wróciliśmy na północ i prostą drogą przez Burgos i Salamankę podążyliśmy w stronę naszego celu - Portugalii. Ten odcinek był chyba najbardziej nudny ze wszystkich. Salamanka to piękne miasteczko, ale dalej... hmm...pusto, skaliście, a po obu stronach drogi tereny przemysłowe... nuda...





Po przekroczeniu granicy portugalskiej wymęczeni monotonną drogą zapragnęliśmy kawy... No nie wiem, czy drugi raz wysiadłabym z samochodu... uderzyła w nas fala takiego upału, że nie wiedzieliśmy, czy uciekać do samochodu i zawracać, czy właściwie nie wiadomo co (termometr wskazywał prawie 40 stopni). Pierwszy sms, jaki wysłałam do siostry już z Portugali brzmiał: "Dlaczego tu tak gorąco???" Wiecie, co mi odpisała? "Witamy w Portugalii..." ha... ha... ha...
Skutek był taki, że czem prędzej wjechaliśmy na płatną tym razem autostradę i pognaliśmy do Lizbony...
A tutaj już zdjęcie z balkonu mieszkanka mojej siostry :D

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Buziaki :D

Urlop to fajna sprawa, szczególnie jeśli ostatni porządny urlop miało się 10 lat temu... W tym roku te ostatnie 10 lat odrobiliśmy z nawiązką... Dla tych, którzy się stęsknili, wielkie buziaki z przepięknej Portugalii :D

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails